fbpx
mity żywieniowe_baner
zdrowe relacje

Świąteczna lista “must do”, czyli święta to nie tylko domowe obowiązki cz. 2

 

Ta część o świątecznych przyjemnościach dotyczyć będzie muzyki i obrazu, czyli świątecznych filmów i piosenek, które są najlepszym „zewnętrznym nośnikiem” magii. Bez tych pozycji na mojej liście must do, nie ma żadnych świąt. Czekam na to cały rok i nigdy nie odpuszczam. Na stałe wpisały się w moją świąteczną tradycję.



Obejrzeć świąteczny film

Polacy kochają film „Kevin sam w domu” i jeśli należysz do tego grona – super! Ja na przykład nie rozumiem, czemu akurat ten film jest „królem wigilijnego kina w Polsce”, ale rozumiem zjawisko fenomenu. Każdy z Was na pewno ma taką produkcję, bez której nie może się obejść (i niekoniecznie inni muszą to rozumieć). Poniżej podaję kilka pomysłów z domowej biblioteczki. Są to moje klasyczne must see i od lat nie przegapiłam ani jednego filmu:

– „Ekspres polarny” – to bajka, której wiele lat nie lubiłam. Z czasem pokochałam ją za tę jej „dziwność” i przepiękną, bardzo świąteczną muzykę. Opowiada tak naprawdę o wierze, a cała świąteczna otoczka jest tylko piękną metaforą. Świetna „rola” (po obejrzeniu zrozumiecie, czemu słowo rola jest w cudzysłowie) Toma Hanksa! Warto i można zobaczyć z całą rodziną.

– „Love actually” czyli „To właśnie miłość” – nie wiem, czy jest na świecie jakiś fan świątecznych filmów, który nie ma tej produkcji na swojej liście. Prawdziwy hit opowiadający historię kilku osób właśnie w okresie świątecznym. Doskonała obsada, czołówka brytyjskich aktorów, mistrzowsko zagrana. Wszystko lekkie, wzruszające, właśnie o miłości.




– „Elf” – jedni go kochają, inni nienawidzą. Mowa oczywiście o świetnym aktorze komediowym, Willu Ferrellu. Bez względu na sympatie, ta rola jest wyjątkowo zabawna i… świąteczna. Will gra Buddy’ego, który wychowany został przez elfów. W ostateczności wyrusza na poszukiwania do Nowego Jorku, gdzie świetnie odnajduje się w związku ze zbliżającymi się świętami. Cenię sobie ten film za kilka scen, które na stałe weszły do „kanonu rodzinnych haseł” i moment, w którym wszyscy wspólnie zaczynają śpiewać „Santa Claus is coming to town”. Nikomu nie przeszkadza, że fałszuje. Liczy się sam akt śpiewu i to jest piękne (weźmy z nich przykład!).

– „Scrooged” z 1988 roku znany w Polsce jako „Wigilijny show” to moja ulubiona opowieść o Ebenezerze Scrooge’u. Jest uwspółcześniona, a główną rolę gra jeden z moich ukochanych aktorów, Bill Murray. Film przypomina, czemu pod choinką nie zostawia się gadżetów z logiem firmy, w której się pracuje – osobiście uważam, że duchy, które nawiedziły Murrayowskiego Scrooge’a, były najgorsze!

Oprócz powyższych, w grudniu oglądam zawsze: „Charliego i fabrykę czekolady” z Deppem (to przez pieczenie ciasteczek), „Nieoczekiwaną zmianę miejsc” znaną także jako „Zakład o dolara” i „Dzień świstaka”, niekoniecznie są świąteczne, ale bardzo zimowe.




Posłuchać świątecznych piosenek

Nie mam tu na myśli kolęd, tylko coraz popularniejszych w Polsce, tak zwanych „Christmas songs”. Kolędy lubię słuchać w samo święto. Kojarzą mi się tak bardzo uroczyście, że nie pasują do domowego rozgardiaszu. Nie wyobrażam sobie pieczenia pierników na początku grudnia bez „Driving home for Christmas” Chrisa Rea, czy „It’s begginig to look a lot like Christam” Binga Crosby’ego. Dodaj do tego „Let it snow” w wykonaniu Deana Martina, „Merry Christmas Everyone” Shakin Stevensa, „Last Christmas” WHAM-u, „Walking in a winter wonderland” również Martina, „Wonderful Christmas Time” Paula McCartneya, „Sleigh ride” Andy’ego Williamsa, „Christmas time, Mistletoe and Wine” Cliffa Richardsa czy „Have yourself a Meery Little Christmas” Franka Sinatry, „Dzień jeden w roku” Czerwonych Gitar, „We wish you a merry Christmas”, „I’m dreaming of a white Christmas” Louisa Armstronga i doskonała playlista gotowa!

A Wy? Robicie swoje świąteczne listy? Podzielcie się nimi na Instagramie i na Facebooku, a jeśli Was zainspirowaliśmy, oznaczajcie @zdrowezdrowie i @wuvixa, żebyśmy mogli zobaczyć, co ciekawego przed świętami robią nasi Czytelnicy! No to do dzieła!

 

Victoria Kozaczkiewicz

Jestem krytykiem i dziennikarzem z wykształcenia, z zawodu redaktorem, copywriterem z zamiłowania do słów. Wolne chwile spędzam w kuchni, social mediach i... w terenie. Jeśli nie siedzę przy komputerze, a w domu nie unosi się zapach świeżej zupy i pieczonego kurczaka, z pewnością można znaleźć mnie w lesie przykrytą warstwą liści, bo pasjonuje mnie birdwatching i fotografia przyrodnicza.

Skomentuj

Zostaw komentarz